Co dzień są gdzie indziej. Donieck, Charków, Słowiańsk. Scenariusz jest zawsze taki sam. Nagle kilkudziesięciu uzbrojonych mężczyzn zajmuje budynki użyteczności publicznej, wywiesza rosyjskie flagi i zwraca się z prośbą o pomoc do Moskwy. Czasem dochodzi do potyczek, czasem sami się wycofują. Biedny Władimir Władimirowicz Putin, choć serce mu krwawi z bólu, nie ma sił, by to wszystko ogarnąć i w sukurs prześladowanym współbraciom pospieszyć. Jakby tego było mało, kolejka błagalników, którzy to chętni są się schronić pod skrzydłami czarnego orła, się wydłuża. Naddniestrze, Tbilisi, może Estonia i Łotwa. Zostawiając sarkazm na boku, trzeba zapytać, o co w tej grze chodzi. Dlaczego Kreml tak...